dalej analogowo, tym razem fragmenty ślubu Anety i Rona:)

Bardzo sympatyczna para, Aneta: przemiła kobitka, Ron:  pełen radości, humoru i chyba bardziej kontaktowy człowiek ode mnie. Ale do rzeczy: zdjęcia poniżej zrobione na kodaku T-max, nie są to najlepsze wybrane z tysiąca czy dwóch lecz kolejne ujecia, gdy tylko zamiast cyfry brałem do ręki starego świetnego EOSa. Proszę wiec o wyrozumiałość:)

enerdowski NP 20 ORWO – 25-letni negatyw naświetlony 2 tygodnie temu

Syrenki już nie jezdżą, Wartburgi, czy trociniaki (Trabanty ) też, a negatyw- i to nie trzymany w lodówce- owszem.  Gdzies mam jeszcze jeden i jeszcze slajdy UT znanej starszemu pokoleniu, najlepszej chyba owych czasów firmy bloku socjalistycznego produkującej błony fotograficzne:). Sami zobaczcie i oceńcie, a dreszczyk przy wyciąganiu z koreksu.. bezcenny;). Negatyw forsowany o jedną działkę. Acha i proszę bez uwag co do paprochów;)

Chorwacja 2009

  • 2009.05.24 godzina 7.20 po trzygodzinnym śnie -po wczorajszym weselu- Mateusz robi pobudkę. W sobotę byliśmy na slubie wiec szybkie zgrywanie zdjęć  z kart i pakowanie.Wiem że muszę sie jeszcze przespać bo w innym razie będzie koszmar-cała noc jazdy. Iza goni jeszcze pomiędzy aptekami, a marketami za kilkoma spożywczymi artykułami i guaraną o której ktoś tak pozytywnie się na cro.pl wypowadał, a o której w wadowickich aptekach nie maja pojecia . No i jeszcze ta F1, której ogladania nie mogłem sobie odmówić, na szczęście- nieszczęście Kubicy brakło hamulców, zakończył karierę przed czasem i mogłem na chwilke zamknać oczy. Niestety podniecenie jazdą skutecznie przeszkodziło w drzemce. Jeszcze szybkie pakowanie i o 17.45 jestesmy juz na trasie.
  • Jedziemy w dwa auta, łącznie szesc osób dorosłych i trójka dzieci (w wieku 18 miesiecy, niespelna 2,5roku i 5 lat ). Tempo nie zachwycało bo jak nie siku, czy tankowanie to dzieciom niedobrze.O wyscigach nie ma mowy a i właczył mi się urlopowy spowalniacz i nawet na postojach zauwazyłem,że nikomu się nie spieszy. W nocy i nad ranem kiedy wszycy spali od guarany czy redbulla lepszym okazały się rozmowy przez radyjko z Michałem z drugiego samochodu.
  • 15 km przed Podgorą Mateuszkowi zrobiło się niedobrze i niestety nie zdąrzylismy. Wyjście z auta i BUCHHH gorące, wilgotne powietrze- a liczyłem na rzeźką poranną bryzę…;/ . O ósmej jesteśmy już na miejscu. Fajna sprawa miec wcześniej zarezerwowane noclegi. Czas poswiecony na szukanie mozna przeznaczyc np. na poranną kawke i degustacje lekko mówiąc conajmniej 40% trunków o smakach narańcz, młodych orzechów arachidowych i jakiejs o nazwie Martina. Nalewki na bazie rakiji skutecznie zlikwidowały działanie kawki i ok 10.00 padlismy jak muchy. Godzina 15.00 po lekkim obiadku idziemy La plage.Plaże prawie puste, woda przy brzegu ma dobre 23-25 st C, po odpłynieciu ok 100m od brzegu przy powierzchni niewiele chlodniejsza, natomiast po postawieniu się do pionu zimno urywa palce u nóg..;). Niemniej jednak w wodzie spedzilismy wiekszośc popołudnia i dopiero czarne chmury i błyskawice z nad Biokowa przepedziły nas do apartamentów.Wieczór pod znakiem dalszej degustacji w/w trunków.
  • Noc rzeźka bardzo przyjemna.
  • 2009.05.26. Do południa plaża – woda cieplunia, potem rekonesans (przed sesyjką narzeczeńską dla znajonych) w Igrane i zrujnowanych przez trzęsienie ziemi Starych Drasnicach.Wieczorkiem ciąg dalszy degustacji miękkich trunków przy równoczesnym tworzeniu grillowych specjałów z pomocą gospodarza Milivoja. Tenże szacowny pon radził nam przez wieczór cały co z czym mieszać a czego do grilla nie dodawać, grillujac jednocześnie kawałki jakiejś rekina odmiany.
  • 2009.05.27- g.7.30 pobudka, 8.15 plaża. Po powrocie pierwszy raz w życiu po słonej wodzie i słońcu zaniemogły mi oczy. Piekły tak przez 4 godziny,do momentu gdy Gospodyni mnie rumiankiem uraczyła. Po południu Biokovo i Sv Jura. Wszyscy pod wielkim wrażeniem, kilka zdjeć i powrót na dół – opisać to ciężko, należy samemu przyjechać i doznać.Powrót z marudzącymi dzieciakami trochę skwasił klimat.
  • 2009.05.28 W nocy burza jak cholera,rano jednak się wiatry uspokoiły i nie tylko te nad wodą..icon_wink.gifW związku z małosłoneczna pogodą tylko krótka kąpiel w morzu i jakies spacerki. Koło południa Plumek ( koleżanka z cro.pl )do nas zawitała na kawke i w supermiłej atmosferze przegadalim do obiadku. po połedniu (trochę późno) Split i mała sesja narzeczeńska cz 1. Na szczęscie dzieciaki zostały i nikt juz nie marudził. Miasto piekne, warte zobaczenia. Kibice Hajduka mieli powód do radosci po jakimś meczu bo całe miasto swiętowało. Nikt jednak w porywach radości tramwajów nie przewracał-  pewnie temu że tramwajów nie maja..icon_wink.gif. powrót i codzienne posiedze nie , ty m razem przy orzechówce.
  • 2009.05.29 pogoda średnia, tzn słońce ale chłodno bo ok 25stC i po wyjsciu z coraz chłodniejszego morza trzęslim gaciami jak chłop cy na odwyku. Potem spacer po asfalcie bo słonce zniklo i nie za ciepło było. Stara znów zaczęła po złotnikach gonić i nudzic jak co roku o pierscionek, to jej powiedziałem, jak co roku ze w Polsce dostanie bo nasz przemysł i usługi trza promowac, a nie obce- może w tym roku juz w końcu dostanie bo co roku do świąt obrazona chodzi. Na szczęscie jak na wigilie pyszne karpiki zakupię to o pierścionku zapomni..icon_wink.gif.
    Po połedniu kilka piwek, gospodyni na żaru rybek napiekła że dzis jeszcze połowa w lodówce siedzi i nie wiemy co z nimi zrobić..;(
    W
    ieczór chłodny był że koszulkę musiałem zarzucić, a inni polara nawet wiec grzalim się żubrówka  do 3 rano.Gospodarz ciekawie o wojnie gadał więc słuchalim.

2009.05.30 No cóż, dzis dzień przedostatni, a żarcia i picia nam zostało jeszcze na tydzień. Rano plaża, w południe plaża i plażowa sesja narzeczeńska, po południu pizza i plaża. Polecam pizzerie Ahipara czy jakos tam, jest      tam piekarz co mówi po polsku i dodaje zawsze „coś” ekstra od siebie..icon_wink.gif

g19.50..LUDZIEEEE, ale tu zimnoooo. Siedzimy w ogrodzie grzejemy sie ostro, polary pozakładane, a jak wchodzę do domu to gorąco jakby ktoś na maxa ogrzewanie włączył.

2009.05.31 No dziś już cieplej,ale to już drugi w pełni zachmurzony dzień w czasie naszego tygodniowego pobytu. Po raz pierwszy brakuje mi jeszcze kilku dni by być w pełni usatysfakcjonowanym i wypoczetym. może gdy człowiek tu przebywa w pełni sezonu to własnie zmęczenie upałami każe mu tesknić za domem, ale teraz zostałbym jeszcze z tydzień.A teraz sorki idę spac na godzinke i wieczorkiem zmykamy do kraju.
Ps. własnie słoneczko wyszło, może wiec jeszcze kąpiel w jadranie…??icon_wink.gif

:(
chyba nie dane nam wyjechac.. padły baterie w kluczyku- zakupione przed samym wyjazdem- i nie odblokuje alarmu. W końcu alarm wyłacznony lecz niestety on sam się uzbraja przy wyłączonym silniku i trza było cos innego wykombinować. Baterie były oryginalnie 2 w pilocie i jedna miała przerwe, a druga ledwo w jezyk parzyła. Podgiąłem blaszkę i wystarczyło to by podtrzymać immobilizer (bez baterii nie zapalał) i dojechac- nie wyłączajac silnika- do domu..icon_wink.gifHistoria lubi się powtarzać -jesli ktoś czytał moja przygodę z kluczykami w ostatni dzień w zeszłym roku to wie jak to wykąpałem się w jadranie z kluczami..icon_biggrin.gif

To by było na tyle, serdecznie dziękuję za cierpliwość.

P.s,  relacja była pisana na online, na forum cro.pl, tu jedynie  swoje posty przekleiłem.

WIELKI strach czyli idziemy rodzić „państwowo”

4.30 w piątek  19.03.2010 szybka toaleta, auto i błyskawiczny dojazd do Krakowa by tam się przez  ponad godzinę w korkach przeciskać. Nerwy do tego, bo przecież jedziemy do porodu i to do porodu w państwowym szpitalu, szpitalu, który ja jako krakus znałem jako jeden z najgorszych w mieście. Co prawda opinia z przed dwóch dekad, ale jednak. No nic decyzja podjęta zwłaszcza, najwyżej policzymy się z  Martą -przyjaciółka Izy – która nam tak zachwalała i szpital i Panią dr Olszańską. Jeszcze kilka zakrętów i jest.. moloch, szpital cieszący się sławą: „  gdziekolwiek byle nie tam..” , Szpital Żeromskiego.

Po pierwszym porodzie w Bielsku- Białej w prywatnej klinice i późniejszych małych komplikacjach decydujemy się postawić na ludzi. Cóż nam po pięknych salach porodowych po eleganckich dwuosobowych pokoikach dla matki z dzieckiem jeśli kobieta po porodzie przez miesiąc przeżywa męki.

Jesteśmy na miejscu. Izba przyjęć, młoda Pani zaprasza nas z Uśmiechem na twarzy, spisuje wszystkie potrzebne dane – w międzyczasie inna pani bada ciśnienie tętno itp. Iza już przebrana, wchodzi uśmiechnięta pani, Pani dr Olszańska.  Rozmawia z żoną i razem- jakby nie przed porodem- coś do siebie mówią i obie uśmiechnięte  o czymś rozprawiają. Pojawia się inna pani, zapisująca  śniadania dla innych pielęgniarek, hehe kremówki sobie panie życzą na śniadanie. Wchodzimy na ” Trakt Porodowy”  Pani otwiera nam drzwi i…. wielkie gały!!! Wyposażenie którego poprzednia klinika mogła tylko pozazdrościć, nowoczesne  łóżko przygotowane i czekające na przyjecie człowieczka, jakieś urządzenia medyczne, „solarium dla dzidziusia” pewnie by na nim kurczaka też upiekł;) Do tego specjalny  „fotel” do porodu na siedząco, wielka piła do skakania, drabinka i materac, a wszystko czyściutkie, nowiutkie i w pięknej niemałej sali. Pytam Izy po co tu to wszystko, ona że tutaj będziemy rodzić..:).  Po chwili pojawia się wiele osób, jest wśród nich dr Olszańska, pozostałych nie znamy. Przedstawia się nam Pani od śniadaniowych kremówek Pani Bogusia Chmiel- położna, jest wśród osób  Pani Paula, studentka trzeciego roku.

Poród tuż, tuż jakaś kroplówka, jakiś antybiotyk (Iza ma jakieś badziewie paciorkowate cy cuś i należy podać antybiotyk ). Potem chodzimy i chodzimy i chodzimy i aż mnie głowa rozbolała od tego chodzenia, znaczy się od liczenia Izy nawrotów. Co kilka minut przychodzą na zmianę Pani dr Olszańska, Pani Położna Bogusia, i Pani Paula studentka. Mierzą, badają zapinają KTG i tak w kółko.  Zaczynają się skurcze, z czasem coraz mocniejsze i już wcześniejsze rozweselanie  żonki może się skończyć wylotką na korytarz. Panie dokładnie i bardzo cierpliwie  instruują, co w danym momencie robić- taka przyspieszona szkoła rodzenia.Co najważniejsze  wszystkie osoby uśmiechnięte czego nawet w prywatnej klinice nie zauważyłem. Pani dr chciała być przy porodzie, niestety małemu się nie spieszy, pani dr kończy zmianę- tu nie ma mowy o pośpiechu, tu natura musi sama- lecz zostawia nas w świetnych rękach Pani Położnej. Prosi tylko by zadzwonić do niej jak będzie już „po”.

Zbliżamy się do finału. Skurcze są coraz mocniejsze i coraz trudniejsze do wytrzymania. Położna powtarza któryś raz spokojnie jak oddychać,  przynosi wilgotny zimny okład na czoło. W końcu pyta Izy jak chce rodzić? Jest wiele pozycji i Pani tłumaczy po kolei różne i ich wady, zalety. Wybieramy na boku, jak się później okazuje mam trzymać za kolano, chciałem jednak być przy żonie i mówić do niej i trzymać za rękę. Położna to dostrzega i sama sobie radzi z kolanem pomaga jej Pani Paula. Przy porodzie jest też Pan dr. coś uciska coś mówi -sam już nie wiem co bo mojej kobiecie krew do głowy napływa i cała czerwona. Położna prosi by słuchała, ja powtarzam jak echo i w końcu Iza łapie o co biega. Jest główka ciemno-sina, słyszę głos położnej:  rodzimy z rączką i jeszcze kilka razy to samo. Głos jest jednak spokojny więc się nie obawiam, że to coś złego. Wszyscy wokół coś robią, mają jakieś zadanie, wszystko przebiega jednak spokojnie, profesjonalnie. Jednak nieustający wcześniej uśmiech położnej zastępuje obecnie pełna koncentracja, a jednocześnie spokój- pełen, najwyższych lotów profesjonalizm.

Jeszcze kilka minut i mały  jest już u mamy na brzuszku .  Jest 16.05.   Kilka następnych sekund i mocnym głosikiem zaczyna płakać. Robię zdjęcia, słyszę że mam przeciąć pępowinę. Panie zaciskają z obu stron ja dostaję jakieś  zakrzywione nożyce w drugiej ręce aparat i tnę jednocześnie naciskając spust migawki:). Jest już Pani dr od dzieci, bierze malucha na specjalne łóżeczko, ogląda,  bada, osłuchuje, ten beczy. W końcu maluch ląduje u mamy na piersiach i w momencie się ucisza, widać już spokojny. Dociera do mnie  jakie to musi być dla niego i mamy ważne – wiem, że ta linia jest słuszna (po poprzednim porodzie po kilku minutach dziecko zostawało zabierane matce i dostarczone dopiero po jakimś czasie na karmienie). Dziecko już sobie ssie pierś, już się najada:). Pani dr od dzieci oznajmia o ilości punktów 10/10 wg skali APGAR lecz, że to niewiele znaczy, prosi o uwagę by wziąć do serca jej słowa, tłumaczy nam o paciorkowcu, o higienie i innych bardzo ważnych sprawach.  Zostajemy tam jeszcze przez ok 2 godziny, dziecko cały czas z nami. U położnej wraca uśmiech, poprawia dokładnie pozycję karmienia, w końcu ktoś uświadomił żonie, że karmienie ma być przyjemnością nie mordęgą.   Iza  karmiła Mateusza przez rok i dopiero teraz ktoś jej pokazał jak to należy robić:). Biegnę jeszcze do sklepiku po jakieś wody i soczki dla żonki i wracam do Wadowic, gdzie starszy brat noworodka pewnie już wysysa ostatnie megawatogodziny z babcinej energii.

5 miejsce na dobry początek

rozpocząłem starty w konkursach Wedding Photojournalist Association (WPJA) i od razu 5 miejsce w kategorii Trash the Dress